Jako młody chłopak byłem lubiany i kontaktowy. Z zewnątrz wszystko grało, ale w środku miałem poczucie własnej wartości bliskie zeru. Bałem się odrzucenia i cały czas próbowałem coś komuś udowodnić.
Oglądałem zawodników MMA, którzy przed walką stali naprzeciw siebie i mierzyli się wzrokiem, pewni siebie - budziło to we mnie lęk i niepokój. Nie byłem nawet w stanie pomyśleć o tym, że ja miałbym utrzymać taki kontakt wzrokowy - serio.
Na pierwszy trening nie poszedłem dlatego, że w końcu poczułem się gotowy. Wcale się tak nie czułem. Jak pierwszy raz o tym pomyślałem, to dosłownie wyśmiałem sam siebie. Myśl dojrzewała z pół roku. W końcu zebrałem się, pojechałem i wszedłem na salę, jakoś przetrwałem do końca i wyszedłem. A potem wróciłem.
Po tamtym treningu miałem ogromnego haja i zakochałem się w sportach walki. Nie dlatego, że nauczyłem się bić innych, tylko dlatego, że przełamałem wszystkie swoje dotychczasowe granice, a każdy kolejny trening był dla mnie mentalnym wejściem do wyższej ligi. To był dla mnie istny kosmos.
Ten gość, który całe życie widział w lustrze miękką faję, teraz chodzi na MMA, nie boi się walczyć i oddawać ciosów, trenuje cztery razy w tygodniu, trzyma się planu i diety, dba o sen, niezależnie od tego, czy mu się chce, czy nie.
Dziś wiem jedno: pewność siebie nie przyszła przed tym treningiem. Przyszła, bo na niego poszedłem.
Trenowałem w sumie dziewięć lat. Wbrew pozorom MMA nie zrobiło ze mnie agresywnego gościa, tylko spokojniejszego. Nauczyło mnie, że można przegrać i wrócić, i że skoro przetrwałem najcięższe treningi, to przetrwam dużo więcej, niż mi się wydaje.
Porażki na treningach nie bolały mnie tak bardzo jak to, co stało się później. Po latach w końcu poczułem się gotowy na zawody i właśnie wtedy kontuzja wykluczyła mnie ze startu. To nauczyło mnie, że nie każdą przeszkodę pokonasz większym wysiłkiem. Czasem trzeba przyjąć zmianę, poprawić plan i wrócić później.
Z czasem zacząłem organizować zawody. Mało kto wierzył, że to się uda: ani trenerzy, ani zawodnicy, ani menedżerowie klubów. A jednak się udało: kilka tysięcy widzów jednego dnia, ponad 200 zawodników i trzy pola walk. Pamiętam moment w trakcie jednej z gal, kiedy pomyślałem: k*rwa, to naprawdę się dzieje. To naprawdę działa.
Potem straciłem to wszystko. I nie powiem Ci, że to wina innych. Za bardzo ufałem ludziom i nie zabezpieczyłem się umowami. Skończyło się konfliktem i sprawami prawnymi, a ja musiałem zaczynać od zera. Na jakiś czas zamknąłem się w sobie i byłem bardzo podejrzliwy wobec ludzi.
Pomagałem też zawodnikom na różnych etapach ich karier. Niektórzy zaczynali swoją ścieżkę zawodową, a inni mieli już kontrakt z KSW. Gdybyś któregoś z nich zapytał o motywację w trakcie przygotowań do walki, istnieje duże prawdopodobieństwo, że rzuciłby w Ciebie czymkolwiek, co miałby pod ręką.
Bo kiedy śpisz co do godziny, ciężko trenujesz dwa razy dziennie pięć dni w tygodniu, masz deficyt kaloryczny i od tygodni zero seksu, nie ma tam miejsca na motywację. Jest walka z demotywacją, w dyskomforcie ciała i umysłu, i jest wieczna walka z tym, żeby nie odpuścić. Pewnie się zastanawiasz, jak oni to robią. Jak dają radę? Jak wytrzymują? Opierają to wszystko na pewnym systemie i protokołach działania, bez względu na emocje.
Przyszedł moment, w którym skończyłem ze sportem. Porzuciłem to, co kochałem, bo odkryłem coś, do czego od zawsze czułem powołanie: pomaganie innym. Zacząłem się uczyć psychologii i terapii.
Studiując psychologię i kończąc szkołę terapii i coachingu, trafiłem do korporacji. Zarabiałem bardzo dobrze, miałem benefity i poczucie bezpieczeństwa, więc mogłem sobie pozwolić na wiele rzeczy. Ale to mi jakoś nie smakowało, bo wiedziałem, że to nie jest moje. Próbowałem to sobie rekompensować jakimiś bzdurami, które czasem kupowałem. Nie pomagały. Zacząłem więc odkładać i na koncie rosła coraz fajniejsza suma, a radości nadal było zero. Wniosek jest taki, że możesz mieć życie, które wygląda dobrze, i nadal wiedzieć, że nie jest Twoje.
W końcu powiedziałem sobie: odchodzę. Rzuciłem bezpieczną pracę, żeby robić to, co uważam za swoje, czyli pracować z ludźmi. Skończyły się pieniądze z odprawy, a potem oszczędności. Walczyłem o pierwszych klientów i zarabiałem bardzo mało. Bałem się, że nie starczy mi na rachunki ani na jedzenie i że cała ta decyzja była błędem. Mój tygodniowy budżet na życie skurczył się drastycznie. Miałem nieprzespane noce, ale każdego ranka wstawałem i robiłem swoje. Dokładnie jak przed pierwszym treningiem: strach nie zniknął, zanim zacząłem działać. Działałem mimo niego.
Mam syna. I wiem, że odwagi nie nauczy się z tego, co mu mówię, tylko z tego, co robię. Jeśli ja się boję i stoję w miejscu, on współodczuwa i bierze ze mnie przykład. Jeśli ruszam mimo strachu, on zrobi dokładnie tak samo.
I żeby było jasne, bo nie chcę niczego przed Tobą udawać: nie jestem maszyną. Do dziś zdarzają mi się tygodnie, kiedy zupełnie odpuszczam dietę. Nieraz przepaliłem się przez ambicję i wciąż uczę się odpoczywać. Zdarza mi się zawalić, jak każdemu. Różnica polega na tym, czy po wywrotce szybko wracasz na odpowiedni tor, czy lądujesz na miesiąc w kanapowym centrum dowodzenia.
Nie uczę konsekwencji dlatego, że nigdy nie wypadam z rytmu. Uczę jej, bo wiem, jak wracać. Wracałem po kontuzji, po stracie firmy, po odejściu z bezpiecznej pracy i po finansowym dołku. I za każdym razem sprawdzało się to samo: nie musiałem czekać, aż poczuję się gotowy. Musiałem ruszyć, choć wcale się tak nie czułem.
RESET21 to dokładnie to, czego sam się nauczyłem przez lata - tylko w formie krótkich nagrań przez 21 dni. Najpierw robisz ruch, a pewność przychodzi po nim. I tworzysz plan na dni, w których tego ruchu nie chcesz zrobić - dzięki temu nawet w najgorsze dni udowadniasz sobie, że dasz radę.